dziesiejszy dzien dobil mnie konkretnie. w sumie nie on sam. dolaczyly do niego wydarzenia z ostatnich kilku dni. niby nic sie nie stalo, niby wszystko gra. nikogo nie zabilam, nikt nie wbil mi noza w plecy, jednak sol kolejny raz zawitala na policzku. nie potrafie tego opisac. wchlaniam negatywne emocje bliskich mi osob. cos jakby gabka. ich ignorancje w moja strone rowniez. dodajmy do tego strach o... albo o tym kiedys indziej (moze nigdy?). wiec wkladam to wszystko do jednego dupnego wora qypchanego juz po brzegi roznymi swinstwami. mieszam. ubijam. trzepie. cholerstwo powieksza swoja objetosc i kuje. kuje w kazda czesc mojego ciala, a najbardziej w serce. i tu juz nie chodzi przenosnie. dziennie mecze sie z kluciem wlasnie tam i co jakis czas szybszym biciem - jakby podwojnym. jednak dzis przecholowalo to male czerwone cholerstwo. dalo mi popalic i to bez wyraznego powodu. a pozniej sie dziwi, ze ja je ranie. kurwa. w poniedzialek ide na spowiedz. wypluje wszystko co mi lezy na sercu i w dupie tez. najbardziej boje sie pokuty. "co, dlaczego i po co mi bialy kaftan?! przeciez ja ksiedza szukalam! a pan nie jest moim ksiedzem? a 72 dziewicami rowniez nie? damn it"
schizy z obcasami drecza mnie non stop, byc moze one sa powodem nerwicy. nie wiem. nic nie wiem, a chcialabym. ciezko zyc z niewiedza. choc ona czasami ratuje zycie... nie, nie w tym wypadku.
ps. ostatnia randka o dziw(k)o nie byla pomylka - jak narazie - wiec zapowiada sie ciekawy spektakl/seans/kolacja/picie. jestem mloda.... piekna.... wredna.... powinnam korzystac z zycia poki czas, prawda? zatopic smutki w litrze wodki, tego chce.
sobota, 24 listopada 2007
i wish i was
Autor: plastik o 22:48
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz