skonczylo sie. tak po prostu. ostatni tydzien zmienil moje zycie. po raz kolejny z reszta. ostatnie tygodnie odebraly mi kilka kilogramow, nieco godnosci i troche poczucia bezpieczenstwa. oddycham przez bawelniana posciel z lat dzieciecych. ogladam seks w wielkim miescie nalogowo. poce sie jak szalona swinia w miami. innymi slowy - wychodzi ze mnie pan S. ciezko sobie z nim radze w jego ostatnim stadium. poki jest po jasnej strony mocy zwanej motywacja wszystko gra, prawie jak w numerach boozoo. kolejno zmienia swoja poczware w motyla destrukcji, ktoremu moge przypisac wiekszosc zyciowych bledow, kiepskich decyzji i nie.skazitelna figure.
uslyszalam od samanthy jedno prawdziwe zdanie - to nie milosc. to seks - a co za tym idzie analizuje moje zwiazki pod tym katem. teraz moge stanac z boku i powiedziec to samo co ona. zwiazek ktory wypalil mnie do cna i przez ktory - myslalam - ze nie pozbieram sie nigdy, byl oparty glownie na cielesnosci. wyzbylam sie pociagu fizycznego niemalze calkowicie - tak sie zdaje. nie pamietam kiedy ostatni raz mezczyzna wzgudzil cieplo w podbrzuszu pani f. zatem... ladys, gentelmans... przeprowadzilam test. wynika z niego jednoznacznie, ze nie czuje nic. juz nie jako zimna s., ale raczej jako wybrakowana z popedu seksualnego zimna s.
nie zmienia to faktu, ze nadal szukam meza ;] a co! w koncu to nie milosc. to seks.
niedziela, 22 czerwca 2008
never ending story?
Autor: plastik o 23:57 0 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)