wieczor piatkowy jest niemalze rownoznaczny w niektorych kregach z byciem w knajpie i saczeniem piwa lanego z rur czyszczonych ostatnim razem w okresie wielkiejnocy '05. mialam w planach sprzatanie i wino. z kims, czy tez w samotnosci. wyslalam wiec moj telegramowy esemes do osoby, ktora miala najwieksze prawa do butelki stojacej nieopodal. z kazda poskladana rzecza czy startym fragmentem powierzchni plaskiej wino otwieralam niemalze wzrokiem. wypic w samotnosci butelke wina? to zakrawa juz na alkoholizm. chce sie ukrywac, poki jeszcze moge. poki mlodosc mi na to pozwala. napisalam do panny gosi wyrazajac ma prosbe o dolaczenie do upojnego wieczoru. zgodzila sie. gdy odebralam ja ubylo dziwnym trafem juz calkiem spora ilosc slomianego plynu. polalam, skosztowalam, usmiechnelam.
noc w kamforze. smierdzialo fajrantami, piwo mialo zapach wymiocin, zas z glosnikow brzmialy house'owo-minomal'owe dzwieki. nie powiem - czasem byly przyjemne. nawet bardzo przyjemne. na pozegnanie namalowalam dephowi makijaz jokera, ktory nie byl dobrym pomyslem, jak sie okazalo pozniej. nocna komunikacja zabrala me cialo o 2:08 do domu, 12min pozniej przekrecalam juz zamek w drzwiach. niezly czas, jak na fakt ze mieszkam w "gettcie", nieprawdaz? dokonczylam pranie. sprawdzilam poczte. okrylam sie koldra. chcialam spac.
3:33 - pierwszy telefon. udawalam, ze jestem zla choc tak na prawde cieszylam sie, ze moge z kims porozmawiac w bezsenna noc. kilka minut pozniej kolejny. tym razem z pytaniem, czy moze przyjechac do mnie. chce spedzic ze mna noc, nie chce byc sam. zgodzilam sie. godzina przewracania sie w poscieli, kilkanascie rozmow telefonicznych, kierowanie na slepo chloptasia na moje osiedle. spuszony wpierdol z mojej winy, heniek w lodowce, przeostrzona chinszczyzna. tyle pozostalo z tej nocy. chwile warte zapamietania.
...oraz wspomnienie snu, w ktorym zadzgalam malzenstwo nozem do szatkowania warzyw. ich corka w odwecie zrobila to samo mi. tyle, ze scyzorykiem. nie potrafilam jej oddac mimo, ze mialam duzy noz do krojenia pieczeni. widocznie nalezalo mi sie. widocznie bylam winna.
sobota, 26 stycznia 2008
krew na podlodze
Autor: plastik o 22:52 1 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)