moj jedyny narkotyk. nieswiadomie. pozbawia mnie checi do zycia i dzialania. gdziekolwiek. cokolwiek. nie potrafie zebrac w sobie choc troche sily, by zrobic cos czego nie zamkne w slowach "marnowanie czasu". od kilku dni staram sie odpisac na maila Tomkowi, jedyne co udalo mi sie poki co zdzialac to zapisac kopie robocza. nawet nie zrobilam tego ja, a moj wrozek google (meska wersja wrozki, wrozbita to jego wyniosla wersja). od tygodnia zrobilam obrazkow w ilosci poltoroagodzinnej - 3. w dodatku chwil pare temu zmuszona wizja siebie glodujacej. nie potrafie zebrac siew sobie, posklejac, uporzadkowac raz, a dobrze. randka z krzysztofem w poniedzialek, moze poradzi mi cos ciekawego. zawsze slucham z uwaga jej rozwazan i propozycji na temat mojej osoby. randki oczywiscie.
przerazliwy bol przeszywajacy chyba najwazniejsze organy mego ciala. promieniuje on na lewa czesc szczeki oraz na glowe ogolem. siedze z wata w uszach slyszac jedynie jedna trzecia z dzwiekow docierajacych do mnie. i to w dodatku w wersji mono. zupelnie jak w poczatkach lat dziewiedziesiatych. tak, pamietam te czasy m.in. dzieki magnetofonowi kasetowemu mego ojca o dzwiecznej nazwie: Kapral. pamietam mojego pierwszego walkmana koloru rozowo-szarego, sluchawki z metalowym precikiem i moj pulowerek, za ktorym teksnie od czasow zerowki po dzis dzien. pamietam tez zapach, ktory byl dla mnie przyjemny, ktory budzi we mnie niesamowicie pozytywne uczucia i wspomnienia. terpentyna. nie zdawalam sobie sprawy poki rok temu nie odwiedzilam Jakuba, ktory urzeczywistnial swoje wizje na plutnie. od tej pory ten zapach za mna chodzi, nie moge sie uwolnic.... tesknie za malowaniem, nie na komputerze, a za pomoca analogowych (yup!) narzedzi. kartek i farb. sztaluge zabral tatko, a na scianie juz kleic kart nie moge. jednak mieszkanie w ruderze procz swietnej lokalizacji mialo jeszcze jakies plusy. na cale szczescie nieliczne. teraz wiem co czul van gogh. tez pewnie mial zapalenie ucha i nie mogl wytrzymac tego przerazliwego bolu od srodka. wiec zakladamy przeciwbolowe kozaczki, zmywamy grzecznie makijaz i idziemy spac. ja i moja armia niewidzialnych przyjaciol. podobno nazywaja siebie tabletkami. podobno.
sobota, 15 marca 2008
neurotyk
Autor: plastik o 02:20 0 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)