CLICK HERE FOR THOUSANDS OF FREE BLOGGER TEMPLATES »

czwartek, 8 listopada 2007

zBOCZEK

zdyszana wchodze do sklepu. pospiesznie zerkam na lachona przy drzwiach - niezly - jednak glowe zasmiecala mi mysl o frytach. wzrokiem ograniam kacik warzywny, szukam ziemniakow.
przerazliwe cieplo oragnelo me stopy, po chwili reszte ciala. nie ma? nie ma ziemniakow! zrezygnowana kontnynluje swoj powrot do domu, gdzie czeka na mnie srednio udana zupa. jednak mysl o frytkach nie ustala. otwieram kolejno szafki szukajac jakiegos sladu. oto przed moimi oczami ukazaly sie ziemniaki nieszczesliwie kupine jakies dwa tygodnie temu. na 2,5kg szystkie mialy conajmniej kawalek zielenej skorki. wszyscy pamietamy, ze jaskare kolory oznaczaja nie dotykac, nie jesc! obkroilam je doszczetnie, pokroilam. wydawalo sie niewiele... wrzucone kolejno na olej dochodzily powoli, dolej ser zolty, nieco mikrofal i gotowe. porcja jak dla slonia, srednio 3 porcje sprzedawane u mnie w restauracji. wciagnelam to sama, bez pomocy, bez zajakniecia, bez chwili oddechu. wciagnelam tysiace kalorii na raz nie zastanawiajac sie jak bardzo moj organizm chcialby juz pozbyc sie tego co jeszcze chwil pare na talerzu, a co ja zawraz pochlone. talerz lekko ubrudzony sola, tluszczem i resztkami sera. koniec. teraz tylko wyrzuty sumienia i wyobrazenie swojej glowy w ciele naszej ukochanej super duper pani sprzataczki. nie, nie chce tak wygladac! zajadam sie ziemniaczkami, a brzuszek rosnie - czas na dyscypline, czas na cwiczenia towarzysze! ajaj!
kto jest za mna?