i stalo sie. koniec szkoly, koniec nadziei na przyszlosc, koniec zludzen o stabilizacji. dyplom zaliczony, egzamin odfajkowany i zaspany. wszystko niemalze zgodnie z planem. nawet udalo mi sie wypic kilka glebszych z moim ulubionym Staszkiem, o nazwisku wzgudzajacym ciarki w wiekszosci moich szkolnych kolegow. kolezanek pewnie rowniez - gdybym takie posiadala. swieta trojca jak zawsze pierwsza klasa. ruda grazyna moze sie tylko od nas uczyc i zazdoscic. nawet anna u. byla nadzwyczaj zjadliwa i jakos ladniej wygladala, i jakos mniej aspoleczna byla, i jakos w ogole na plus. a moze po prostu alkohol w moich zylach wzbudzil pozytywne emocje do wszystkich. nawet do ani? nie jestem w stanie odpowiedziec na to pytanie. mysle, ze nigdy nie bede. taka karma.
kilka dni w domu, chec przebywania z bliskimi i kontaktu z tymi, co przez moj wyjazd do breslau znikneli mi z zycia mniej lub bardziej. niestety, nie mozna wszystkiego naraz chciec, a co dopiero zrealizowac. zabralam wiec stefana i carola na podroz zycia.
stopem przez galaktyke. zahaczajac o drezno i nijaka lene, ktora swoja madroscia autostopowicza i hippisa roku `08 potrafila rozwalic niejeden mur. bez uzycia glowy oczywiscie. nocleg w hamburgu. fabian okazal sie niesamowicie milym zaskoczeniem. z muffinka w kacikach ust saczylam wino, sluchalam swietnej muzyki, stalam sie nia i plynelam w rozmowach na tematy wszelakie. o godzinie 5 zorientowalam sie, ze wszak nie zazylam zbyt wiele uzalezniaczy, jednak procenty daly siewe znaki tak samo jak i maryja w bialej sukni. slowa sie plataly, zas najprostrze zasnely jakies dwie godziny wczesniej. zatem do danmark fruniemy niemalze z predkoscia swiatla.
kolding. miasto nieduze, jednak sliczne. waskie nierowne uliczki zmieniajace kat nachylenia co chwil pare, niewielkie bloki z duuuuuzymi oknami. brak rynku, ale zamiast niego deptak ktory przemierzalysmy dziennie w poszukiwaniu pracy, jedzenia czy tez potencjalnego kochanka. jezioro, zatoka, las, szkola designu. tak, moglabym tam zyc. mialabym wszystko czego porzebuje do zycia procz mieszkania i pracy. bo jakzeby inaczej. z dwumiesiecznego podbytu w kolding zostalo tylko 5 dni, wczesciej kurczac sie do miesiaca. jacub - nasz mieszkaniodawca - chyba nie polubil naszego trybu zycia pt. "wstawaj o 12, chyba ze musisz cos zrobic" lub tez "taleze mozna pomyc rano". pojecie pedantyzmu w tym domu siegalo trzystu procent ponad norme. dowiadujac sie o nieuniknionej wyprowadzce zakupilysmy mega spiwory, sredni namiot oraz wyczesane kalosze i ruszylysmy po raz kolejny szukac naszego przeznaczenia.
czy znalazlysmy je na polu truskawek? a czy luty ma 30 dni? wlasnie.
spedzilysmy tam jakies 5h (nie liczac oczywiscie cudownego noclegu pod namiotem konczacego sie o 3.11 w nocy) przy tym zebralysmy po 20 kg truskawek na glowe. po walkach o fundusze w koncu nam wyplacili. 115 kr. + dwudniowy bol plecow i wszystkiego innego co bolec moglo. zdeterminowane postanowilysmy poszukac innego schronienia w naszym osted (serowo). dwiescie mietrow od truskawkowej doliny zaczynala sie posiadlosc ze stadnina konna. poczulam ciarki na plcach spowodowane szerokim usmiechem mojej wspoltowarzyszki podrozy. wszak wiedzialam jak bardzo lubi ona konie. wszelakie. gospodarze okazali sie przemilymi starszymi dunczykami, ktorzy przyjeli nasza oferte mieszkania gdziekolwiek wzamian za pomoc. i stalo sie. zylysmy tam przeszlo trzy tygodnie. do dyspozycji dwa pokoje, lazienka oraz kuchnia. to ostatnie wraz z pralka w domu wlascicieli, my zas gniezdzimy sie w czyms co okreslilabym mianem kanciapa lub tez dobudowka do stajni. procz interentu brakuje mi tutaj wielu wygod jk np. lozko. zamiast niego mam dywan, dziurawy materac dmuchany (zawdzieczam to oczywiscie just), poduszke z pchliego targu w kolding oraz - wspomniany juz wczesniej - spiwor.
zycie plynie tu leniwie, beznalogowo i zwykle dopiero od 11.30.
miekka cipa ze mnie. nie mylic prosze z roskosznie miekka cipka. raczej przypominam cos na wzor rozmieklego jelita szuszacego sie leniwie w wilgotnym od krwii wnetrzu czlowieka slabej wiary, gdzie kazdy organ na swoje miejsce, zas nerki sa podrecznikowej wielkosci. tylko jelita jakies takie za krotkie, niewymiarowe, nadwyraz nabrzmiale. znalazlam swoj azyl. miejsce gdzie moge uciec od samotnosci, ktora nieraz czestuje mnie towarzyszka podrozy. nie pamietam juz kiedy ostatni raz plakalam. tyle razy pod rzad w mokrym - nietylko od lez - brodziku. tysiace malych powodow, ani jednego powazngo.
kalosze sie skonczyly, slonce wysoko w zenicie, a ja? bosa stapam po dziwnych znajomosciach, gdzie moj biust szczepcze moje imie, zas akcent zdradza poziom inteligencji. chwila. dwie. trzy. zapalam kolejnego jointa, wciagam chmure gestego dymu. otwieram pluca, serce i dusze na to co nieuniknione. pocalunkami zdradzam zainteresowanie nietylko kiczem, nie.tylko rozem. pocalunkami pisze, mowie, dotykam. zas TAM jak zwykle. pustka, kamien, lza. co nieznaczy, ze bez emocji rozmawiac porafie. wrecz przeciwnie. unoszcze sie. trzydziesci centymetrow ponad tym wszystkim, zostawiajac warge w jego ustach, palce wplatujac we wlosy, policzki zakrywajac nie.tylko rozem.
poniedziałek, 8 września 2008
z lekkim poslizgiem, ale za to z cala klasa dzieciakow.
Autor: plastik o 21:45 0 komentarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)