CLICK HERE FOR THOUSANDS OF FREE BLOGGER TEMPLATES »

wtorek, 22 stycznia 2008

gesie piora

wplatane we wlosy. gniezdza sie w nich ukazujac na swiatlo dzienne jedynie fragment wielkosci piaciozlotowki. ale jak skutecznie! przypominaja o sobie co chwil pare. w dzien, gdy juz trace nadzieje lub nastepnego dnia rano. pisze. wyczulony, jak radar. rozweselajacy, jak poranne slonce, gdy wychodze na kacu ze swojego mieszkania. cieply. pozytywny, jak wino. czy tez wodka, ktora pijam ostatnimi dniami zadziwiajaco czesto.
uczucie bezradnosci oraz - co wazniejsze - beznadziejnosci budzi mnie rano, szarpie za wlosy. piora chce wyrwac. czasami im sie udaje. bol ten nie.do.znie.sie.nia on w piec sekund potrafii zniwelowac. jakie to upokazajace byc uzaleznionym od dwoch chwil. jakze cennych w w moim skarbcu plastikowych lyzeczek, ktorymi zwykle miesza. w mej glowie.

z chwil mniej plastikowych (a moze bardziej?): dzien babci, dzien dziadka. jedna z niewielu chwil w roku, w ktorych MUSZE rozmawiac z dziadkami. czy chce? poczucie obowiazku wrzeszczy mi zza lewego ramienia, ze tak. czy musze? maly emo stworek siedzacy w klatce piersiowej gdzies nieopodal pluc odpowiada podobnie. ja jednak nie potwierdzam ich mysli, ale dzwonie. plastikowa rozmowa, sztuczne pytania, niezreczna cisza. ciezko rozmawia sie z osobami tak oschlymi w uczucia. jednak... eh... gdy usyszalam jak babcia sie ucieszyla dowiadujac sie, iz odwiedze ich na wakacje. glos sie zalamal. oczy zaszklily. rozmowa skonczyla. lyknelam kilka glebszych wyborowej z kruszonym. schowalam uczucia do kieszeni. nic sie nie stalo. jutro zaloze swoje przeciwdepresyjne buciki i zapomne. teraz wspomoge sen. zaloze halke, umyje cialo. zapomne o wlosach. bo tak wygodniej.