10:20 - pobudka. Wyspana i wypoczeta cera wita mnie w lustrze. chywile pozniej rozmowa telefoniczna przypominajaca, czy aby na pewno pamietam o odwiedzenia dzis stolicy mojego wojewodztwa. pamietam. malo tego - zprelam sie i w pol godziny jestm gotowa do wyjscia, akurat na pociag. torba spakowana, "ruda sfffora" pod pacha (dalam jej szanse do trzeciego rozdzialu i wlasnie od niego zaczelam sie uzalezniac od kossakowskiej...), w portfelu zlociszow kilka na bilet oraz rogal przyklejony na twarzy. nawet odpychajaca pogoda nie zepsulaby mi humoru chyba ze... chyba ze ktos mnie zamknie na dolny zamek! klucze do niego posiada tylko jedna osoba w domu - moj brat! szczesliwy kurwa jak gucio na lace przekrecil kluczyk i pomykal do swojej mai nie zastanawiajac sie w ogole czy mam jak wydostac sie z mieszkania. aby tego bylo malo maly sukurczybyk nie poczuwa sie do winy!
-(...)za ile bedziesz?!!
-za ponad godzine i nie krzycz na mnie!
pip pip pip - koniec rozmowy
autobus jedzie 15 min, przy dobrych wiatrach bylby po 25min u mnie, ale czy jemu sie chce? czy zdaje sobie sprawe z wagi sytacji? NIE! skad! wlasnie sacze podwojne uspokojenie, w glowie huczy flyleaf, a jedyne moje wyobrazenia tycza sie 101 sposobow zabojstwa. eh... czasami odzywa sie we mnie romantyczka.
piątek, 12 października 2007
wkurw jakich malo
Autor: plastik o 12:15
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz